poniedziałek, 8 października 2012

Kolejna parapetówka będzie u NAS :)

W sobotę byliśmy z Grześkiem na parapetówce, na której były - jak dla mnie - same nowe twarze. Dotychczas nie znałam nawet gospodarzy, którzy swoją drogą okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi. Pani domu to najcieplejsza osoba u jakiej miałam przyjemność w ostatnim czasie gościć - pomijając rodziców Grzesia oczywiście. :)  Szkoda tylko, że najmłodszy i zarazem najprzystojniejszy kawaler tak był mną zawstydzony, że przy powitaniu i pożegnaniu udawał, że mnie nie widzi, a gdy miał mnie poczęstować paluszkami, to zrobił się tak czerwony, że gdyby przez rumieńce miał zapłonąć, to pewnie spłonąłby żywcem :)
Pocieszające jest, że w 10-letniej Darii znalazłam sojuszniczkę. Pytam się młodej-gniewnej: "Daria, ale ten Grzesiek jest gruby, co nie ?", na co młoda-gniewna potwierdzająco kiwa głową. Za chwilę odzywa się oburzony Grzegorz: "Sama jesteś gruba", na co młoda-gniewna odpiera ogień słowami : "Nie prawda. To Ty jesteś puszysty". Kilka razy go tak słownie obsztorcowała, no ale, jak to w świecie bywa, nic nie dzieje się bez przyczyny. Przez cały wieczór jadł, pił, kontrolował czy szklankę mam pełną i cykl zaczynał się od nowa. ;) A bebech rósł na potęgę.
Nie żebym się uskarżała na kształty mojego ukochanego. Tak szczerze, to dopiero od mniej więcej dwóch miesięcy zaczynają współgrać z moimi upodobaniami. Nigdy nie lubiłam chudzielców, ani chodzących czystych mas mięśniowych. Co prawda Grześkowi  zawsze udawało się balastować pomiędzy jednym a drugim, ale ten związkowy bebeszek jest taki fajny, że nigdy nie mogę odmówić sobie złapania za fałdkę i potarmoszenia :P Oprócz bebeszka, fajny ma też wzrost. Zawsze miałam szczęście do maleństw, które wyglądały przy mnie jak krasnale ogrodowe. Ujemna różnica 3-6 cm nie odejmowała ich osobowościom, bo niektórzy z nich byli naprawdę prawdziwymi mężczyznami, takimi co drzwi otworzą, a następnie przepuszczą kobietę pierwszą. Co przytrzymają, gdy jej się obcas połamie podczas przechodzenia przez próg, a potem zdejmą płaszcz i odwieszą na wieszak. Jednak gdy zakładałam buty, czułam się dziwnie. Coś jak napastliwa domina znęcająca się nad swoim małym kundelkiem, gdy patrzeli tak na mnie z dołu. A z Grześkiem jest tak, że nawet gdybym ubrała najwyższe szpilki ze swojej kolekcji, to i tak nadal jestem w stanie położyć głowę na jego ramieniu, bez schylania się. Co prawda nie nosi mnie na rękach, gdy złamię obcas, ani nie śpiewa serenad o piątej nad ranem pod moim oknem, ale jestem pewna, że gdyby tylko zabrakło mi siły, to zakasałby rękawy i walczyłby za mnie z całym światem. A już na pewno dałby w mordę każdemu oprychowi, który uszczypnąłby mnie w tyłek ;)

A teraz taka mała zagadka: Wiecie o czym pomyślałam, gdy pierwszy raz spojrzałam na stopy Grzegorza ? Hmmmm :>

Najbardziej cieszę się, że gospodarzom spodobał się prezent od nas :) Fajnie było usłyszeć, że trafiliśmy w dychę, że na pewno się przyda... Teraz przed nami kolejne wyzwanie z prezentem. W sobotę urodziny znajomej Grześka.

A następna parapetówka będzie u nas :)

piątek, 5 października 2012

Przeprowadzki

W swoim życiu przeżyłam ich kilka i przy każdej było tyle pracy, że nie wiadomo było w co ręce włożyć. Człowiek przez kilka godzin wnosi, rozpakowuje, składa, układa, przenosi, wyciera, zamiata, wynosi i tak dalej i dalej, a końca nie widać... A kiedy w reszcie wszystko stoi rozpakowane, umyte, poukładane, ostatni karton zostaje wyniesiony do pojemnika z makulaturą, człowiek zmęczony niczym po całodziennej pracy w polu lub na plantacji buraków cukrowych w krajach Beneluksu, lekko przygarbiony niosąc wyprutą wątrobę na dłoni, w końcu może skierować swe kroki ku kanapie, tudzież innemu fotelowi, posadzić swoje 4 litery i półprzymkniętymi oczami pogapić się w sufit. I to uczucie najbardziej lubię. Kiedy już wszystko ma swoje miejsce, a pod stopami nie plączą się folie, kartony, taśmy. Jestem wtedy w stanie poczuć, że jestem u siebie.

W gwoli wyjaśnienia: Bardzo lubię przeprowadzki. Naprawdę. Pomimo tych wszystkich męczących starań, żeby w zupełnie obcych czterech ścianach można było poczuć się jak w domu.

Każda moja zmiana miejsca zamieszkania była początkiem czegoś nowego, lepszego. Na początku za każdym razem było ciężko, bo proces adaptacji zaczynał się od nowa. Każdy taki proces to zbiór myśli czarnych jak jezioro Hańcza na Suwalszczyźnie... Ale po każdej burzy wychodzi słońce  i dlatego każda przeprowadzka była dla mnie rozwiązaniem najgorszych problemów, lekiem na smutki, sukcesem wypierającym najdotkliwszą porażkę... Zobaczymy czy kolejna przeprowadzka będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Pomału kompletujemy wyposażenie. Moja gorsza połowa zakupiła dziś do naszego nowego gniazdka 24 szklanki i 12 kieliszków do szampana. Dwa tygodnie wstecz nabył drogą promocyjną bardzo ładny serwis obiadowy. Ja kupiłam 6 dużych, kolorowych kubków i szufelkę, specjalnie w kolorze wściekle pomarańczowym, co by moja gorsza połowa nie wymyślała, że nie wiedziała gdzie stoi, bądź szukała, ale nie zauważyła i dlatego nie zamiotła;)
W prezencie dostaliśmy odkurzacz, pościel, robota kuchennego, noże, sztućce...
Hmm... Mamy 4 patelnie i ani jedna nie jest konkretnie duża... Ale nie wybrzydzamy - podczas awantur na pewno znajdą zastosowanie :D. 

czwartek, 4 października 2012

Menściźni

Fragment mojej dzisiejszej rozmowy z taksówkarzem: 

Taksówkarz: Ponoć mężczyźni są lepszymi kucharzami.
Ja: Nie mówione, chociaż na babską niekorzyść działa fakt, że nam się zmienia smak kilka razy w miesiącu. Oprócz tego jak zakochane, to przesalamy. Jak wkurzone, to dopieprzamy aż mordę wykrzywia...
- Ale wie Pani co... Mi to nawet w sumie pasuje.
- Tak?
- Tak, bo ja lubię jeść. Gotować nie koniecznie, zmywać tym bardziej, ale w tej środkowej czynności jestem bardzo aktywny.

Najpierw szczerze się uśmiałam, ale potem trochę mu pozazdrościłam, bo tej "aktywności" nic po nim widać nie było...

Dzisiejsze popołudnie spędziłam ze swoją gorszą połówką, która zrobiła dla mnie pierwszy raz w życiu obiad: potrawkę z kurczaka według własnego przepisu. Śmieję się, że ów przepis powstał w trakcie kombinacji, mających na celu zaspokojenie głodu podczas nieobecności mamusi, bo Grześ zazwyczaj gotuje gdy musi ;) Ale nie czepiam się, bo wyszło mu to naprawdę dobrze. Kurczak, czerwona fasola, kukurydza, papryka, cebula, pomidory, wszystko baaardzo dobrze doprawione... Jak chce to potrafi.
Połowę popołudnia - jak to mamy w zwyczaju - przespaliśmy. Grzegorz pracuje w nocy i żeby móc jakoś funkcjonować, musi przed pracą trochę odespać, a ja jako jednostka ostatnimi czasy zachłanna na sen, z chęcią mu w tej czynności towarzyszę ;) I tak się teraz zastanawiam jak to jest, że pomimo parogodzinnej drzemki padam z nóg? Wszak Grzegorz nie robił nic, co ma w zwyczaju robić przez sen (kładzenie się na mnie, bicie przy dynamicznym wymachiwaniu rękami, kopanie w wersji bardziej hardcorowej, zabieranie kołdry). Może kilka razy zachrapał mi do ucha... ale jakiś czas temu znalazłam na to bardzo skuteczny sposób - podduszanie - i żadne chrapanie mi nie straszne ;)

Ziew. :O

wtorek, 2 października 2012

Przedśrodek tygodnia

W niedzielę wieczorem, kiedy to leżałam ze swoją gorszą połową i wspólnie oglądaliśmy "Kiepskich", wyczułam językiem na podniebieniu niewielkie, pofałdowane zgrubienie. Żaden ząb mnie wtedy nie bolał. Może przy uciskaniu jedynki wyczuwałam mały dyskomfort, ale gdy uważałam jak przeżuwam, to dało radę wytrzymać. Meksyk zaczął się w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy wyżej wymienione zgrubienie i ta przeklęta jedynka zaczęły mnie całkiem konkretnie napieprzać. Za pomocą lusterek obejrzałam paszczę od strony wewnętrznej i na moje oko był to ropień, czyli coś czego nienawidzę, a nawiedza mnie regularnie. Nabrzmiewa sobie przez kilka dni, przy okazji niesamowicie mnie wkurwiając i zabierając całą ochotę do życia, a potem pęka i zostaje niby balonik, z którego ktoś spuścił powietrze.
3 lata temu z hakiem, mając ropniaka w tym samym miejscu, poszłam do dentysty. Tłok w poczekalni nie do opisania, kolejka jak - nie przymierzając - do ołtarza po mięso, ale ku oburzeniu wszystkich cierpiących udało mi się wcisnąć między wódkę a zakąskę, tłumacząc temu dentyście, że tak mnie ząb boli, że nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Musiałam wyglądać co najmniej źle, bo popatrzał na mnie z politowaniem i zaprosił na miejsce tortur. Pozaglądał we wszystkie zakamarki, postukał w najbardziej bolące miejsca, sięgnął po skalpel i po prostu przeciął ropień. Bez pardonu, a przede wszystkim bez żadnego znieczulenia. Wolałabym już aby dał mi obuchem w łeb niż robił to na żywca. Tego bólu nie zapomnę do końca życia. Na kwadrans odebrało mi mowę i tylko ryczałam jak bóbr, a kiedy już mogłam mówić, to chciało mi się tylko kląć jaki z tego dentysty stary, głupi uj ! Od tamtej wizyty wszystkie gabinety stomatologiczne omijam szerokim łukiem i leczę się na własną rękę. Nawet teraz, gdy moja diagnoza okazała się błędna ( ropień to na pewno nie jest ) i mam cały prawy policzek opuchnięty, ani myślę poddać się bez walki. Płuczę Eludrilem (najlepszy sposób na całe zło bytujące w ludzkiej paszczy), zażywam syropy i tabletki o działaniu przeciwzapalnym i przeciwgorączkowym - bo stan podgorączkowy wczoraj wieczorem też mi się przypałętał - i zobaczymy, czy wskrzeszę poprawę. Nie biorę pod uwagę możliwości, że może być gorzej, ale jak nie zobaczę postępów, to będę musiała - z bólem serca - rozejrzeć się za naprawdę dobrym, cierpliwym specjalistą. :(